Był czerwiec prawie koniec szkoły. Wszystko pięknie, nikt nie przyłapał mnie nigdy na kradzieży, zdawałam nawet z nie najgorszą średnią. Po szkole poszłam w stronę domu. Od wczoraj nic nie jadłam więc musiałam iść do pobliskiego sklepu. Niby rozglądając się pomiędzy towarami na półkach schowałam kilka batonów do kieszeni.
- Złodziejka! Ona kradnie! - krzyknął jakiś mężczyzna koło mnie.
Od razu rzuciłam się do wyjścia. Niestety powstrzymał mnie sprzedawca stojący przed drzwiami. Przytrzymali mnie i zadzwonili na policję. Przyjechali i już chcieli odjeżdżać ze mną na komisariat,ale jeszcze,żeby mało było mi kłopotów kobieta ,którą ostatnio pozbawiła portfela właśnie wchodziła do sklepu.
- To ta złodziejka! Nie wstyd ci gówniaro tak wszystkich okradać? - po tych słowach uderzyła mnie w policzek. Nie jestem cierpliwa. Gdyby nie policjanci uderzyłabym ją. Na komisariacie zdzwonili po ojca ,który pewnie był tak napity,że nie dał rady nawet podnieść telefonu. Nie wiem czy zdałby sobie sprawę gdybym uciekła z domu albo umarła. On po prostu żyłby dalej. Zadano mi klika pytań. Wiem,że doskonale zdawali sobie sprawę z tego,że kradłam. Odwieźli mnie do domu mówiąc,że odbiorą mnie jutro ze szkoły. W domu zastałam napitego ojca wraz z jego nachlaną dziewczyną,czy jakkolwiek ją nazwać. Leżąc w łóżku zdałam sobie sprawę,że mogę trafić do poprawczaka. Moje przemyślenie nie mogły być bardziej trafne. W ciągu kilku dni stało się wszystko czego najbardziej się obawiałam :
- o wszystkim dowiedział się ojciec,
- miałam sprawę w sądzie,
- właśnie byłam w drodze do poprawczaka.
Ja trafiłam do poprawczaka. Przecież nie kradłam dla szpanu czy czegoś w tym rodzaju. Bałam się ,że umrę z głodu. Wszystko co ojciec kupował było tylko po to ,żeby nie pić wódki na pusty żołądek. Wracając do niego,nawet nie przejął się tym ,że gdzieś mnie wywożą. Kiedy żyła mama ona się mną opiekowała. Dbała o to,żebym miała czyste ubranie,żebym coś zjadła,abym miała odrobioną pracę domową. Teraz sama musiałam się wszystkim zająć. Nikogo nie obchodził mój los.
Kiedy dojechaliśmy bałam się jak nigdy. Przydzielili mi pokój z jakimiś dwoma dziewczynami,które już na wstępie powiedziały,że nie będę miała z nimi lekko. Z dnia na dzień było coraz gorzej. Powiedziałam wszystko o ojcu i mojej sytuacji opiekunce,naiwnie myśląc,że to coś pomoże. Przekazała mi wtedy,że tam pojedzie i zobaczy jak ma się sytuacja. Jednak jej wizyta z dnia na dzień się bardzo przeciągała. Nigdy nie było czasu. Odliczałam tylko minuty do nocy,żeby móc iść spać ,a potem minuty do nocy,żeby przeżyć kolejny dzień. Myślałam tylko o tym ile czasu zostało mi,żeby odejść. Nie,nie z poprawczaka. Z tego świata. Pocieszałam się tylko tym,że jestem jeden dzień bliżej do śmierci. Przecież to chore. Myśleć o śmierci jako bliskiej przyjaciółce, jakby o osobie, na którą czeka się z tak wielkim utęsknieniem. Nauczyciele czy jak to oni na siebie mówią 'wychowawcy trudnej młodzieży' byli okropni. Zero szacunku do twojej osoby, zero żadnych ludzkich uczuć. Inni byli tacy sam albo gorsi. Kilka razy mnie pobito za to,że 'się krzywo patrzę'. Tak wyglądało moje życie. Aż pewnego dnia postanowiłam z nim skończyć. W nocy weszłam do którejś z klas. Zawiązałam sobie linę na szyi i zeszłam z krzesła. To był koniec,nie żałowałam .Byłam tam gdzie pragnęłam, byłam u siebie. Zostawiłam to dla czego nie warto było istnieć. Kroczyłam drogą w coś lepszego, tak mówiła mi moja niezawodna intuicja.
Świetnie napisane. Lubię takie historie. Sama troszkę piszę podobne opowiadania, więc zapraszam do mnie ;)
OdpowiedzUsuńhttp://aneta-zakazanyowoc.blogspot.com/