Jednak jak zwykle coś musiało się stać. Tak jak na początku czułam się akceptowana, tak już teraz czuję się wykorzystywana.Kiedy nie mieli a papierosa, piwo czy coś innego,żeby tylko sprawiło,że nie kontaktują, wołali mnie niby witając się ,pytając co u mnie ,a za chwilę : 'Masz może pożyczyć kasę? Jutro oddam serio'. Dokładnie tak wyglądało to za każdym razem. Pewnego wieczora ,zresztą takie samego jak każdy inny, słuchając muzyki doszłam do wniosku,że to koniec z tym towarzystwem,tymi ludźmi i tym życiem. Idąc następnego dnia do szkoły oni wszyscy siedzieli jak zwykle w parku. Zawsze podchodziłam przywitać się z nimi,a dzisiaj zdecydowana rzuciłam tylko 'cześć' i szybkim krokiem poszłam dalej. Później idąc na w-f wie z nich złapały mnie koło szafek.
- Co ty sobie wyobrażasz? Jesteś z nami i nawet nie próbuj myśleć inaczej. Każdy wie,że chcesz od nasz uciec i być inna. Nie uda ci się. Za późno. Już siedzisz w tym gównie z nami. - wykrzyczała mi w twarz jedna z nich. Wtedy były tylko dwie. W sumie w naszej szkole było ich około 17. Poza szkołą jeszcze z 20.
Po mojej 'ucieczce' od nich nie dawali mi spokoju. Wyzywali, gnębili w internecie. Kiedyś nawet rzucili kamieniem przez niestety otwarte okno, tylko po to ,żebym wyjrzała i zobaczyła ,że tu są i nigdy się ode mnie nie odczepią.
Był maj. Słońce i ogólnie wszystko czego potrzebowałam. Od mojego 'odejścia' czy jakkolwiek to nazwać dzisiaj mijał miesiąc. Przez ten czas wróciłam do moich starych znajomych za wszystko bardzo ich przepraszając. W środę jakoś po 16 wracałam z siatkówki. To właśnie talent odkryty w ostatnim miesiącu. Z treningu na trening zdawałam sobie sprawę,że jestem naprawdę dobra. Więc wracając do tego powrotu. Myśląc o tym co zjem w domu na obiad zauważyłam moich dawnych przyjaciół. Siedzieli jak zwykle na tej samej ławce w parku,która praktycznie już do nich należała. Wiedziałam ,że czekają na mnie. Nigdy nie byłam niczego bardziej pewna. Zastanawiałam się czy nie uciec. Ale dokąd? Nikt z moich znajomych tu nie mieszka ,a nie wejdę do domu obcych ludzi. Poza tym dogonią mnie. Starałam się nie zwracać na nich uwagi i iść prosto na przystanek. Niestety moje zniszczyli moje zamierzenie. Ustawili się w mur.
- Zapłacisz dzisiaj za zdradę.
- No chyba nie będziesz jej biła! - powiedział najnormalniejszy z nich,który no nie ukrywajmy bardzo mi się podobał i tak naprawdę tylko za nim stamtąd tęskniłam.
Wtedy było za późno Wiktoria uderzyła moją głową o chodnik i skopała na tyle mocno,że trafiłam do szpitala. Obudziłam się w czystej,białej pościeli. Koło mnie stali rodzice i siedział Hubert,właśnie ten,który jak okazało się obronił mnie. Dzięki niemu żyję. Po usłyszeniu tych informacji byłam pewna ,że od teraz będziemy razem. Chciałam rzucić mu się na szyję,ale kiedy wstałam wszystko się rozmazało. Właśnie w tym momencie. Momencie ,w którym byłam w pełni szczęśliwa. W mojej głowie nastąpił wylew,wszystko przez uderzenie w chodnik. Nic już nie pomogło. Zdążyłam wyszeptać tylko : 'Dziękuję' po czym odeszłam jak to każdy mówi : 'Do raju'.
![]() |

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz