By: Patrycja Klepacz

By: Patrycja Klepacz
By: Patrycja Klepacz

wtorek, 28 stycznia 2014

Nothing Else Matters

                   Cześć. Nie. Zaczęłam to beznadziejnie. Zresztą jak wszystko. Cokolwiek co zacznie się w moim życiu kończy się tak koszmarnie jak się zaczęło.Więc nazywam się Stefanie. Chociaż imię mam oryginalne. Mam 16 lat i chodzę do II Liceum Ogólnokształcącego im. Marii Składowskiej Curie ,profil bio-chem. w Warszawie gdzie niestety mieszkam. Po tym wstępie każdy może stwierdzić,że użalam się nad sobą i nie doceniam daru jakim jest życie. Jednak faktycznie nie umiem go docenić. Nie mam do tego możliwości, nie mam jak. Moje 'życie' to zbiór kłamstw,udawania i bólu. W szkole jestem gnębiona,odpychana przez jeden głupi błąd, o którym szkoda gadać. W domu jest jeszcze gorzej. Jeżeli w ogóle miejsce,w którym jestem po szkole można tak nazwać. Nie mam mamy. Zmarła dokładnie pięć lat temu w wypadku wracając z wyjazdu służbowego. Był to najgorszy moment w moim życiu. Była dla mnie nie tylko matką,ale także najlepszą przyjaciółką,która potrafiła mi dać 'kopa' jak nikt inny. Żyję z ojcem,którego ciągle nie ma,a jeżeli ma wolną chwilę to siedzi przed telewizorem lub śpi. Wiem,że ciężko pracuje,bo nie możemy narzekać na sytuację finansową przy jego zawodzie. Mój ojciec jest prawnikiem. Mieszkamy w wielkim domu,w którym nie ma życia i słychać tylko samotność. Więc tak po krótce wygląda moja codzienność. Jednak to nie jest jeszcze najlepsze. Często się tnę. Dwa/trzy razy w tygodniu okaleczałam swoje ręce i nogi. Nie mówiłam jeszcze o lepszej stronie mojego życia. Muzyka,a dokładnie zespół Metellica to chyba jedyne dla czego żyję. Może jeszcze nauka,bo z nią też nie idzie mi najgorzej. Coroczne świadectwo z paskiem to chyba pewne osiągnięcie.
                    Czwarty kwietnia 2013r. to data ,którą zapamiętam do końca życia ,a nawet jeszcze dłużej.
Po tym jak zostałam wyśmiana za najlepszą ocenę z testu z biologii i koszulkę z Iron Maiden wróciłam do domu. Ojca nie było. Zjadłam obiad,choć bez chęci.. Wiedziałam,że musiałam to zrobić ,bo niedawno otarłam się o anoreksję. W porę się opamiętałam. Po obiedzie poszłam do pokoju,usiadłam na łóżku i zaczęłam płakać. Nie wiedziałam nawet czemu. Nie robiłam tego często,starałam się nie pokazywać w ten sposób słabości. Po chwili wzięłam żyletkę i kilka razy przejechałam nią po skórze. Zrobiło mi się słabo.
Obudziłam się w szpitalu podłączona do kroplówki. Na prawej ręce miałam bandaż.

-Co mi się stało? - Zapytałam pielęgniarki stojącej przed drzwiami.
-Nic skarbie. Zasłabłaś i karetka zabrała cię tutaj. Na szczęście wszystko jest dobrze.

Faktycznie 'na szczęście'. Miałam zostać w szpitalu 6 dni,czyli do najbliższego czwartku. Po dwóch dniach stwierdziłam,że nienawidzę tego łóżka i muszę gdzieś iść. Spacerując po szpitalu trafiłam na oddział onkologiczny. Idąc korytarzem i przyglądając się salom nie zauważyłam małej dziewczynki stojącej kilka kroków ode mnie.

-Aniołek,aniołek! Ty jesteś Aniołem – Powiedziała.
-Co?
-Mama mówiła mi ,że ci którzy mają okaleczone nadgarstki to anioły.
-Pomyliło ci się. Dość daleko mi do anioła.- oznajmiłam jej lekko się uśmiechając.
-Ależ jesteś! Mama mówiła,że tylko anioły mają takie blizny,bo nie lubią życia na Ziemi. Ten świat ich niszczy,dlatego chcą wrócić do nieba. Są zbyt wrażliwi na ból innych i własny.
-Twoja mama jest bardzo mądra. - miałam łzy w oczach.
-Dziękuję. Ona też jest aniołem ,ale już wróciła do domu.

                    Ta krótka rozmowa odmieniła moje życie. Dowiedziałam się ,że Lenka,bo tak miała na imię ma siedem lat i choruje na białaczkę. Podczas mojego pobytu w szpitalu codziennie rozmawiałyśmy,a nawet śmiałyśmy się. Rzadko mi się to zdarzało. Jednak kiedy widziałam jej uśmiech i radość,którą po prostu emanowała nie mogłam się chociaż nie uśmiechnąć. Lena powiedziała,że jeżeli nadejdzie 'ten' dzień to mam pogodzić się z tatą i przestać się okaleczać,a wtedy wszystko będzie dobrze. Mówiąc 'ten' dzień,miała na myśli swoją śmierć. Niestety ta przyszła zabrać tego małego kwiatuszka dość szybko,za szybko. We wtorek około godziny 15 pielęgniarka z mojej sali powiedziała mi,że moja mała przyjaciółka umiera. Kiedy to usłyszałam rzuciłam się do drzwi i biegiem ruszyłam do sali, w której leżała. Wtedy było już za późno. Jej usta powiedziały do mnie tylko 'kocham cię' i odeszła. Nie miała rodziców,była w tym sama.Ich też zabrała choroba. To był drugi najgorszy dzień w moim życiu. Jeszcze przez chwilę trzymałam ją za rączkę po czym przyszedł lekarz i zabrał ciało. Wtedy zrobiłam coś co mnie samą zdziwiło. Poszłam do szpitalnej kaplicy. Nie wierzyłam w Boga,jednak tamtego dnia ciągnęło mnie do tego miejsca.Długo modliłam się za mojego kwiatuszka. Nawet nie wiedziałam ile to trwało..
Kiedy wyszłam ze szpitala wszystko się odmieniło. Porozmawiałam z tatą poważnie o tym jak jest,a jakbym chciała,żeby było. Metodą małych kroczków zburzyliśmy dzielący nas mur. Często odwiedzaliśmy cmentarz. Chodziliśmy do mamy i Lenki. Przestałam się ciąć na dobre. Nie przejmowałam się krytyką,a nawet znalazłam przyjaciela. Tomek często mi pomagał,rozmawiał. Miał podobne hobby do mnie,kto wie może wyjdzie z tego coś więcej. Na ścianie w moim pokoju namalowaliśmy Anioła wieszając nad nim zdjęcie Leny. Nigdy nie zapomnę tego co dla mnie zrobiła i tego ,że mnie zaakceptowała i jako pierwsza po śmierci mamy szczerze pokochała.
                    


1 komentarz:

  1. Kochana śliczna historia popłakałam się. Cudowna <3 <3 :**

    OdpowiedzUsuń